poniedziałek, 13 stycznia 2014

Kochani, dzisiaj dzień minął w miarę spokojnie, rozpoczęłam negocjacje z komornikiem ( jak się okazało to też człowiek), zobaczymy co z tego wyjdzie :)Trzymajcie kciuki, a tak poza tym praca, dom, dzieci.....................
Muszę to wszystko jakoś ogarnąć, co prawda emocje z piątku jeszcze trzymają, ale cóż, widmo utraty domu każdemu podniosłoby ciśnienie.
Dzisiaj chciałam napisać Wam, jak przez ostatni rok zweryfikowało się grono naszych znajomych, przyjaciół a nawet rodziny. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale jednego się nauczyłam, najmniej mogę dzisiaj liczyć na tych którym kiedyś najwięcej pomogłam........
Zostali przy nas tylko nieliczni, ale za to ci prawdziwi........
Otóż prowadziliśmy bardzo towarzyskie życie, spotkania z przyjaciółmi, znajomymi i rodziną były na porządku dziennym. Nieraz wracałam z pracy a tam już pełen dom ludzi. Ale odkąd zaczęły się nasze problemy finansowe nagle zrobiła się pustka. Na początku nawet nam to odpowiadało, musieliśmy sami to wszystko przeżuć i przetrawić i nawet specjalnie nie zauważyłam, że mało kto nas odwiedza. Z czasem zaczęło mnie to zastanawiać. Dlaczego? Co takiego się stało, że już nas nie lubią? i wiem, nas teraz nie stać na imprezy zakrapiane alkoholem ( który głównie był przez nas sponsorowany), na stawianie pizzy itd itp. Ale mam ich gdzieś, ci którzy już nie przyjeżdżają są nic nie warci, nie potrzeba nam ich obecności, niech spier..............!!!!!!!!!!!! Ale najgorzej zabolało, jak najbliższa, ukochana siostra odwróciła się od nas, płakałam po nocach, nie rozumiałam dlaczego? ja jej tak bardzo potrzebowałam, a ona nagle przestała dzwonić, jak ja do niej dzwoniłam to było krótko i rzeczowo, nie rozumiałam dlaczego, ale już wiem.......... Ona się bała, że może poproszę o pomoc, że będę chciała kasę pożyczyć ( chociaż sama nie raz od nas pożyczał min. na samochód nie małą sumkę), a ja głupia czekałam kiedy ona mi zaproponuje pomoc, kiedy zapyta czy mam z dzieciakami co do gara włożyć, a uwierzcie, że były momenty że naprawdę nie było nic. No ale cóż, trzeba było przełknąć to ziarnko goryczy i iść dalej, dla męża i dzieci..... Dzisiaj nasze kontakty są oschłe, bezuczuciowe, spotykamy się głownie u mamy, nie ma spontanu, przyjazdów bez zapowiedzi itp itd........ Dużo czasu zajęło mi pogodzenie się z tym, ale teraz już wiem, nigdy, przenigdy jej nie pomogę, choćby jej świat ( tak jak teraz mój) zawalił jej się na łeb :)
Sorki, że tak pluję jadem, ale to tak cholernie boli, rozdziera serce na strzępy, gdzie są  Ci wszyscy przyjaciele, no pytam, gdzie jeteście????????????????


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz